Jedwabnym Szlakiem – relacja z wyprawy cz. 2

Po około 2 godzinach jazdy wpadamy do Uralska gdzie spotykamy się ze znajomymi Kazachami, Anisem i Bułatem z firmy kazakhgas.kz.

Pomagają nam ogarnąć wymianę pieniędzy na lokalną walutę, prowadzą do sklepów gdzie szybko i tanio robimy zakupy. Wspaniali, uczynni i życzliwi ludzie. Poświęcają pół dnia pracy żeby nam pomóc. Jak się później okaże nie po raz ostatni. U chłopaków w firmie, tankujemy wodę, robimy pamiątkowe zdjęcie i śmigamy na pierwszy nocleg w Kazachstanie – jedziemy nad słone jezioro w pobliżu Uralska. Miejsce dość popularne wśród lokalnych mieszkańców. Można nawet wynająć jurtę na plaży. My jednak jak ślimaki wolimy swoje domki od wielu dni wiezione na dachach samochodów. Znajdujemy sympatyczne miejsce nad samym brzegiem jeziora i przez pół godziny stoimy jak zaczarowani oglądając magiczny zachód słońca.

ZACHÓD SŁOŃCA NAD SŁONYM JEZIOREM

Niestety wraz z kończącym się dniem gwałtownie wzrasta ilość koszmarnie wygłodniałych i wielkich komarów. Dodatkowo pojawiają się żarłoczne meszki. Planowany od kilku dni grill i ognisko zmienia się w koszmar. Finał jest taki, że przy ognisku świetnie bawią się insekty a my siedzimy w pełnym zaciemnieniu 20 metrów od ognia, dodatkowo rozstawiając lampy tak aby przyciągały jak najwięcej owadów trzymając je z dala od nas. Tak dobrze zapowiadający się wieczór kończymy pogryzieni i rozczarowani …

ZACHÓD SŁOŃCA NA PIERWSZYM NOCLEGU W KAZACHSTANIE
ZACHÓD SŁOŃCA NA PIERWSZYM NOCLEGU W KAZACHSTANIE
PIERWSZA POBUDKA W KAZACHSTANIE
PIERWSZA POBUDKA W KAZACHSTANIE

W nocy mocno pada i wieje więc ranek mamy wolny od komarów. Szybkie śniadanie i ruszamy dalej. Kierunek Aktobe gdzie zamierzamy zjechać z asfaltów i dalej jechać już tylko „czieriez step”. Temperatura w ciągu dnia mocno podskoczyła i na termometrach pojawia się liczba 37.

Dość szybko dojeżdżamy do Aktobe gdzie tankujemy samochody i kanistry do pełna. Przed nami ponad 2 tys km drogi przez stepowe pustkowia. Podróżujemy na azymut bo drogowskazów nie ma a dziesiątki większych i mniejszych dróg biegnie we wszystkich kierunkach.

DROGA WYJAZDOWA Z AKTOBE
DROGA WYJAZDOWA Z AKTOBE

Step ma w sobie jakąś magiczną siłę, nieprawdopodobną atmosferę. Daje niesamowite poczucie wolności. Zapominamy o problemach codziennych, o wszystkich problemach … Podczas całodziennej jazdy nie spotykamy żadnego człowieka, żadnych śladów cywilizacji. Towarzyszą nam stada koni, które jak wolne i dzikie mustangi przemierzają step w poszukiwaniu lepszych pastwisk. Co i rusz widzimy konie wylegujące się w słońcu. W okół cisza i spokój. Step ma też niesamowity zapach, który towarzyszy nam podczas całej podróży przez Kazachstan. To pachnie piołun, który dominuje w oceanie stepowych traw. Roślinę tę wykorzystuje się do produkcji Absyntu, alkoholu o właściwościach halucynogennych. Niestety nie mieliśmy okazji sprawdzenia jego działania. Kazachowie chyba nie znają tej diabelskiej mikstury.

CZIERIEZ STEP
DZIKO ŻYJĄCE KONIE NA KAZACHSKIM STEPIE
DZIKO ŻYJĄCE KONIE NA KAZACHSKIM STEPIE

Przy drogach, którymi jedziemy siedzą dziesiątki dużych drapieżnych ptaków. To chyba orły. Gdy koło nich przejeżdżamy zrywają się do lotu dosłownie w ostatniej chwili. Towarzyszą nam też całe stada małych ptaszków, które niczym delfiny w morzu bawią się ścigając z samochodami i przelatując dosłownie na styk przed maską naszych aut. Wielokrotnie musimy hamować w obawie przed rozjechaniem małych rozrabiaków.

STEPOWY ŁOWCA Z ZAINTERESOWANIEM PRZYGLĄDA SIĘ NASZEJ EKIPIE

Jak łatwo się domyślić znalezienie noclegu na stepie to nie problem. Wystarczy skręcić w bok i odjechać kilka metrów od drogi. Cienia nie znajdziemy bo drzew tu właściwie nie ma. Zmęczeni upałem, podduszeni wszędobylskim pyłem ale szczęśliwi rozbijamy obozowisko. Po szybkiej kolacji zasiadamy ze szklaneczką lokalnego destylatu czyli kazachskiego koniaczku. Jak się okaże stanie się to codzienną tradycją i uda nam się przeprowadzić degustacje wszystkich lokalnych koniaków w Azji Środkowej…

STEPOWY PORANEK NA PIOŁUNOWYCH ŁĄKACH

Kolejny dzień wita nas bezchmurnym niebem i palącym słońcem. Śniadanie w podgrupach i ruszamy dalej. Plan na dziś to znalezienie jakiejś osady gdzie będziemy mogli uzupełnić paliwo i zapasy wody.

Stepowe” miejscowości to często jedna, dwie chałupy, studnia lub beczkowóz z wodą, z którą są tu problemy.

TANKOWANIE WODY Z BECZKI

Niestety żeby się zatankować musimy poszukać jakiejś większej mieściny. Modyfikujemy troszkę założoną trasę i docieramy do większej miejscowości. Tankujemy, robimy zakupy i wracamy na step.

STEPOWA OAZA
WIOSKOWA STUDNIA
ZAOPATRZENIEM W WODĘ ZAJMUJĄ SIĘ DZIECI

Kolejne kilometrogodziny mijają pod znakiem zapachu piołunu, wyścigów z ptakami i omijaniu stad ciekawskich koni i krów, które także żyją tu półdziko i muszą same o siebie zadbać. Nawet jeśli kiedyś trafią na stół w postaci kotleta to i tak mają o tysiąc razy lepsze życie niż te „cywilizowane”.

SZCZĘŚLIWE KROWY

Po południu na horyzoncie stepu pojawia się biała kamienna konstrukcja. Dziwimy się bo w promieniu setek kilometrów nie ma tu nic, przysłowiowy „środek niczego”. Docieramy do frapującej budowli. Jest to gigantyczny pomnik mauzoleum z grobem kazachskiego wodza-bohatera, który walczył z carską Rosją o zachowanie niepodległości Kazachstanu. Zginął w 1848 roku w bitwie. Teren, na którym go pochowano i postawiono pomnik należał do niego i stąd ta lokalizacja. Co ciekawe tylko nieliczni Kazachowie, z którymi o tym rozmawialiśmy wiedzą, że coś takiego w ogóle istnieje. Szanując „świętość” miejsca, w którym się znaleźliśmy robimy pamiątkowe zdjęcia i ruszamy dalej.

TAJEMNICZY MONUMENT…..
……I TAJEMNICZE ZNAKI

Przed nami jeszcze setki kilometrów drogi przez step.

DROGA PRZEZ STEP
PRZEPRAWA PRZEZ KORYTO WYSCHNIĘTEJ RZEKI

Cel na dziś to okolice miejscowości Targoi. Aby się tam dostać musimy przekroczyć rzekę, która już od jakiegoś czasu wije się wzdłuż drogi, którą jedziemy. Upał i kurz dają nam mocno w kość.

CHWILA PRZERWY W STEPOWEJ MONOTONNI

Szukając jakiegoś mostu lub brodu trafiamy w miejsce gdzie po drugiej stronie rzeki widzimy mikro osadę i drogę, którą powinniśmy jechać dalej. Gdy tak snujemy się nad brzegiem po drugiej stronie pojawia się człowiek. Pyta czy coś się stało, czy potrzebujemy jakieś pomocy a jeśli tak to jak może pomóc. Udaje nam się jakoś wytłumaczyć w czym „dzielo” na co pan mówi, że pokaże nam bród. Mamy jechać za nim z tym, że on będzie szedł po przeciwnym brzegu rzeki i że bród jest za kilka kilometrów… że też mu się chce iść w ten upał taki kawał zupełnie bezinteresownie. Kiedy wracamy na drogę żeby podążać śladem naszego przewodnika nagle z nikąd pojawiają się 3 białe kultowe Toyoty LC 75. Na pierwszy rzut oka wyglądają na pojazdy służb. Mniej czy bardziej przypadkowo tak zatrzymują samochody, że uniemożliwiają nam jazdę w jakimkolwiek kierunku. Umundurowani ( ale po partyzancku) panowie wysiadają z samochodów. U osób o słabszych nerwach taki widok może wywołać dreszcz przerażenia … Jeden z panów podchodzi do nas, wyjmuje legitymację i … sprawa się wyjaśnia. Jest to patrol ochrony przyrody, co ciekawe hojnie sponsorowany przez bogatych szejków z emiratów, którzy masowo przyjeżdżają do Kazachstanu na polowania z orłami.

PAMIĄTKOWE ZDJĘCIE Z OCHRONIARZAMI PRZYRODY

Nowiutkie 75-tki u naszych toyociarzy wywołujące sapania, cmokania i jęki zachwytu były właśnie podarkiem od paliwowych książąt. Po krótkiej rozmowie dotyczącej celu naszej podróży oraz aktualnym problemie z przeprawą panowie ochoczo proponują pomoc. Cała nasza ekipa zrozumiała, że do brodu jest jakieś 12-20 km. Zrobiło się już późno i właściwie moglibyśmy zostać tu na nocleg ale po szybkiej naradzie decydujemy skorzystać z uprzejmości panów ochroniarzy przyrody.

Do tej pory nie wiemy czy panowie posługują się innym systemem miar czy my źle coś zrozumieliśmy ale po 100 km jeszcze z nimi podróżowaliśmy… Jako ze Toyoty służbowe, to kierowcy po mocno dziurawych stepowych drogach gnali po 80-100 km /h. generując przepastne ilości kurzu, w którym my musieliśmy również mocno cisnąc z tą tylko różnicą, że my nic nie widzieliśmy… Na dodatek zrobiło się ciemno więc naprawdę trzeba było mocno się rozglądać…

Ostatecznie po 2,5 godz. dojeżdżamy do miejsca przeprawy. Dojechaliśmy chyba do źródeł rzeki bo szerokie koryto zamieniło się w ledwo widoczny strumyk. Rozstajemy się z sympatyczną ekipą „przyrodników” i rozbijamy obóz. Prysznic, kolacja, walka z bandą krwiożerczych komarów, szklaneczka lokalnego koniaczku i zmęczeni idziemy spać.

Poranek, tradycyjna kawa, śniadanie i w drogę. Musimy dotrzeć do miasta Targaj, gdzie uzupełnimy zapasy. Generalny kierunek to wschód czyli miasto Karaganda. Cytując klasyka „tam przecież musi być jakaś cywilizacja”. Po drodze trafiamy do małej osady złożonej z 4 lichych chałup. Tankujemy wodę, robimy pamiątkowe zdjęcia z mieszkańcami i ruszamy dalej.

Dość szybko docieramy do Targaj, sprawnie ogarniamy zakupy, tankowanie i ruszamy dalej w step. Kolejny dzień jazdy po spalonym słońcem stepie.

Około godziny 21 docieramy do jakiejś górniczej miejscowości. Tradycyjnie uzupełniamy paliwo i około 22 znajdujemy nocleg w stepie – dzień jak co dzień 🙂

Następnego dnia budzi nas upał. Już ok 9 rano mamy 30C na „liczniku”. Do Karagandy zostało 450 km. Szybko ruszamy w drogę. Temperatura rośnie w oszałamiającym tempie. Około południa mamy już 40 C, do tego gorący wiatr hulający po stepie podnosi odczuwalną temperaturę. Gruntowe drogi, którymi jedziemy generują takie ilości kurzu, że musimy zdecydowanie zwiększyć odległości między samochodami.

KURZ, KURZ, CORAZ WIĘCEJ KURZU……

Dzień bez przygód. Późnym popołudniem znajdujemy nocleg. Brak komarów i innych latających wampirów sprzyja degustacji kolejnego gatunku azjatyckiego koniaczku…

C.D.N…..

[/vc_column][/vc_row]