Arktyczna Syberia 2017 – Relacja z wyprawy

10 luty 2017. To dziś Ruszamy na Syberię. W dwa tygodnie planujemy przejechać ok 10 – 12 tys km z czego połowę po arktycznej Syberii tzw. zimnikami czyli drogami ze śniegu 🙂 Naszym celem jest Workuta i półwysep Jamalski. Plan jest taki, żeby zimnikiem wzdłuż rzeki Ob dojechać do Salechardu – miasta położonego u nasady półwyspu Jamalskiego i z pokonując Ural dostać się do Workuty. Czy to się uda… Tego niestety do końca nie wiemy. Wszystko zależy od tego, jak intensywne opady śniegu były tej zimy. Od czasu kiedy Workutę z „resztą świata” połączyła linia kolejowa, zaprzestano utrzymywać drogi i zimniki w stanie przejezdności. Od strony Salechardu jedyna „droga” prowadzi przez Ural Północny, więc liczymy się z tym, że będziemy musieli mocno szuflować w śniegu. Cel numer dwa to półwysep Jamalski. Bez dodatkowych zezwoleń i papierków można wjechać 150 km w głąb półwyspu ( eldorado gazowego Gazpromu). W drodze powrotnej udamy się na wschód do miasta Nadym i dalej zimnikiem na południe do Yugorska. Potem przez Perm do Moskwy i Polski. Co z naszych planów uda się zrealizować… czas pokaże.

SYBERIA 2017
TRASA NASZEJ ZIMOWEJ WYPRAWY NA SYBERIĘ

 

Dzisiaj pierwszy dzień podróży – z Warszawy do granicy rosyjskiej.

Z Warszawy startujemy wspólnie z ekipą Zenka i Uli. Oni w Mercedesie my z Bartkiem Land Roverem Disco 2. Z Tomkiem i Kasią, zwaną Wiewiórką lub Rude z Defka, mamy spotkać się na Łotwie pod rosyjską granicą. Podróż można by określić jako mało emocjonującą, gdyby nie pojawił się problem w naszym Disco. W Łomży podczas tankowania zauważamy, że zbiornik paliwa utracił dość istotną cechę – szczelność. Szybka analiza problemu:  w „amoku” przygotowań do wyprawy i montażu Webasto Bartek niezbyt precyzyjnie założył uszczelkę pompy paliwa w zbiorniku. Zgodnie ustalamy, że zbiornik z każdym przejechanym kilometrem będzie coraz bardziej szczelny, bo paliwa będzie ubywało… W konsekwencji podejmujemy decyzję, że naprawimy to już rano na Łotwie, przed wjazdem na granicę. Do przygranicznego łotewskiego miasteczka Zilupe docieramy późnym wieczorem. Nocleg znajdujemy w dość obskurnym akademiku. Wszyscy mocno zmęczeni, więc cisza nocna zapada błyskawicznie.

Akademik w Zilupe
AKADEMIK W ZILUPE

 

Dzień 2 – granica rosyjska i dalej na Moskwę.

Pobudka 7 rano. Szybka kawa, śniadanie i o 8 siedzimy w samochodach. Bartek wstał chyba jednak wcześniej, bo wyciek paliwa ze zbiornika opanowany. Tak jak przypuszczaliśmy: podwinęła się uszczelka pompy. Do granicy mamy tylko kilka kilometrów, więc po kilkunastu minutach meldujemy się na końcu kolejki do przejścia granicznego.

Arktyczna Syberia 2017
PRZEJŚCIE GRANICZNE ŁOTWA – ROSJA

Wszystkim udziela się lekkie zdenerwowanie. Do dobrego człowiek się szybko przyzwyczaja. Dzięki strefie Schengen klasyczna odprawa graniczna to bardzo rzadkie przeżycie. Łotysze – celnicy i pogranicznicy średnio przyjemni, żeby nie powiedzieć, że bardzo niemili. Po 2,5h rosyjski pogranicznik miłym gestem i z uśmiechem zaprasza nas do odprawy. Na granicy wielki bilboard z informacją, że do Rosji mięsa i jego przetworów oraz mleka i jego przetworów wwozić nielzia… Mamy trochę konserw i jakieś kabanosy. Istnieje obawa, że każą nam to wszystko zdeponować w śmietniku. Szybka kontrola paszportów i wiz, kilka pytań po co i gdzie jedziemy. Otwieramy skrzynię na dachu, w której jadą części i szpej offroad, rzut oka do bagażnika i wsio. Teraz zapraszamy do celników. No i się zaczęło… Dużo, bardzo dużo, pisaniny związanej z wwożeniem samochodu na terytorium Federacji Rosyjskiej . O ile każdy coś tam po rosyjsku wyduka i zrozumie, to już czytanie cyrylicy nastręcza sporo trudności. Na szczęście wspólnymi siłami i z pomocą rosyjskich celników, udaje nam się przejść przez koszmar granicznej biurokracji. Wnioski są takie: Łotysze byli bardzo niefajni, a Rosjanie bardzo pomocni. Gdyby nie biurokracja, na którą pewnie wpływu nie mają, poszłoby dużo sprawniej. To było pierwsze obalenie mitu o stosunku Rosjan do Polaków. Jednego z wielu podczas tej podróży. Cała operacja „granica” zajęła nam ok 4 godziny. Pierwsza stacja benzynowa za granicą, pierwsze tankowanie i niespodzianka! System tankowania w Rosji jest zgoła inny, niż w całej reszcie świata. Procedura wygląda następująco: podjeżdżamy pod dystrybutor, wkładamy pistolet we wlew paliwa i… lecimy do kasy. Tam meldujemy, który dystrybutor wybraliśmy i ile zamierzamy wlać paliwa! Tu pojawia się problem! Bo do cholery skąd wiedzieć ile go tam wlizie? Kiedy już ustalimy ilość paliwa, to w zależności od stacji zostawiamy lub nie pieniądze/kartę w kasie i lecimy z powrotem do samochodu wlać ustaloną ilość. Po tankowaniu znowu biegiem do kasy celem finalnego rozliczenia tankowania. Teraz możemy się cieszyć zatankowanym samochodem. Po jakimś czasie odkrywamy, że na niektórych stacjach benzynowych można ustalić, że tankujemy do pełna, czyli w naszym przypadku deklarujemy ok 100l i płacimy za tyle paliwa ile udało się upchnąć w zbiorniku. Generalnie system tankowania w Rosji sprzyja bezpieczeństwu na drogach. Przecież kierowca, który zażył tyle ruchu podczas tankowania jest dotleniony, rozruszany i na pewno za kierownicą nie zaśnie… Tak czy siak, można się przyzwyczaić, chociaż widziałem, że słabsze psychicznie jednostki z naszej ekipy kilkukrotnie przeżywały załamanie nerwowe podczas tankowania.

STACJA BENZYNOWA
STACJA BENZYNOWA W ROSJI

Przed nami 600 km drogi do Moskwy. Żeby uniknąć korków ustalamy, że na obwodnicę Moskwy, wjedziemy możliwie późnym wieczorem, a potem postaramy się odjechać maksymalnie daleko na wschód i ok godziny 24 znaleźć nocleg. Droga do Moskwy bardzo przyzwoita, odcinki dwu i jedno pasmowe. Po drodze do kontroli zatrzymuje nas patrol drogówki. Panowie policjanci tradycyjnie proszą o komplet dokumentów samochodu i kierowcy, pasażer ich nie interesuje. Sakramentalne pytanie, czy kierowca pił jakiś alkohol, też oczywiście pada. Jeszcze pytanie dokąd i w jakim charakterze jedziemy i możemy jechać dalej. Generalnie: miło, grzecznie, sprawnie i bez naciągania na jakieś łapówki. Kolejny mit obalony! Mamy jednak nieodparte wrażenie, że i tak niewiele z tych dokumentów rozumieją. Tak jak nam trudność sprawia cyrylica, dla Rosjan trudny jest alfabet łaciński. Za oknami samochodu dość monotonny krajobraz. Mniejsze i większe miasteczka i wsie (bardzo dużo opuszczonych) i zdecydowanie mniej śniegu niż w Polsce. Generalnie nudy, nudy i jeszcze raz nudy. Po drodze chcemy zrobić zakupy i przypadkowo trafiamy do piekarni, gdzie kupujemy jeszcze gorące bochenki prawdziwego chleba: takiego jak pamiętamy z naszego dzieciństwa.

Syberia 2017
DROGA Z GRANICY DO MOSKWY

Na obwodnicę Moskwy wpadamy około 21 wieczorem. Ruch gigantyczny, ale bez korków. Po 4-5 pasów w jedną stronę, dziesiątki wielopoziomowych skrzyżowań i kierowcy z rosyjską fantazją gnający z kosmicznymi prędkościami. Obwodnicą mamy do przejechania ponad 100km. Za oknami wielki świat, ogromne galerie handlowe na zmianę z salonami samochodów Mercedes, Lexus, Bmw, etc. Wszystko bardzo ładnie oświetlone i estetyczne, ale zabudowa trochę chaotyczna. Sporo nowo zbudowanych osiedli mieszkaniowych. Z uczuciem ulgi zjeżdżamy z obwodnicy na drogę M7 w kierunku Kazania. Ze względu na intensywne prace modernizacyjne początkowy odcinek spokojny, ale gdy roboty drogowe się kończą kierowcy ciężarówek dostają amoku i gnają swoimi 40 tonowymi zestawami powyżej 100km/h. Taka sytuacja będzie nam towarzyszyć podczas całej podróży po Rosji – można się przyzwyczaić.  Jesteśmy skonani i zaczynamy szukać noclegu. 100km od Moskwy trafiamy do hotelu Eden. Warunki bardzo dobre, szybko ustalamy, o której startujemy następnego dnia i dowlekamy się do łóżek. Za nami ok 750 km. Przed nami kolejny dzień maratonu…

Dzień 3 – do Kazania

Mieliśmy ruszyć o 8 rano, ale budziki nie zadzwoniły… Chyba przerosły nas zawiłości zmiany czasu +2h i trochę nam się to miesza… Warunki w hotelu były iście królewskie, ceny też 🙂 Finalnie ruszamy około godziny 9. Niestety, w nocy mocno sypnął śnieg i warunki na drodze pogorszyły się radykalnie. Zużywamy hektolitry płynu do spryskiwaczy. Poprzedniego dnia przy drogach widzieliśmy kilkanaście samochodów, z których sprzedawano jakieś 5l baniaki z kolorową zawartością. Całą drogę zastanawialiśmy się o co chodzi? Dzisiaj już wszystko jasne! To właśnie płyn do spryskiwaczy. Przy takiej brei na drodze można go zużyć dowolną ilość w bardzo krótkim czasie.

UZUPEŁNIAMY PŁYN DO SPRYSKIWACZY
UZUPEŁNIAMY PŁYN DO SPRYSKIWACZY

Celem na dziś jest Kazań. Mimo, że jest niedziela ruch na drodze duży. Staramy się utrzymywać średnią prędkość 80km/h. Wczesnym popołudniem trafiamy do przydrożnego baru z parkingiem, który w Rosji nazywają stajanka. Niepozorny drewniany budyneczek otoczony tirami. To znak, że powinno być dobre jedzenie. Parkujemy samochody i wchodzimy do środka. Po drodze mijamy wiatę z dużym grillem, na którym skwierczą wielgachne porcje mięsa.

SYBERIA 2017
WIATA Z GRILLEM
SYBERIA 2017
NASZ OBIAD

Wszyscy mamy ślinotok, bo od rana nic nie jedliśmy. W środku sporo klientów, zapewne kierowców. Miła pani za ladą pyta co zjemy. Trochę po rosyjsku, a trochę na migi uzgadniamy nasze zamówienie – 6 porcji świniny z grilla z cebulą, sałatkami i chlebem, który Pani wypieka w piecu na miejscu. Co ciekawe, chleb jest pszenny i bardziej przypomina ten z południowej części świata. Jest to po prostu pszenny placek. Zastanawiając się, o co chodzi dochodzimy do wniosku, że wjechaliśmy już na tereny zamieszkane przez Tatarów przesiedlonych przez generalissimusa Stalina z Krymu w okolice Kazania. Po 15 minutach dostajemy nasz obiad. Pychota! Porcje są tak duże, że ledwo udaje się nam z nimi uporać.

SYBERIA 2017
OBIAD

Ciekawostką jest to, że napoje typu kawa czy herbata słodzone są powiedzmy … domyślnie. Jeśli ktoś nie używa cukru musi krzyczeć zawczasu – sachara niet. W lokalu ulokowano też sporą kolekcję samowarów, dlaczego i po co nie udało nam się rozgryźć. Kolejny mit o wschodnim brudzie obalony. Wszędzie jest czysto i schludnie do przesady.

SYBERIA 2017
OBIAD Z WIDOKIEM NA SAMOWARY

Zregenerowani pysznym obiadem ruszamy dalej. Mamy jeszcze spory kawał drogi do Kazania, gdzie zaplanowaliśmy nocleg. Poza kierowcami ciężarówek z piekła rodem, padającym śniegiem i breją na drodze dzisiejszy odcinek bez przygód. Wieczorem znajdujemy nocleg za Kazaniem w sympatycznym, czystym i ciepłym przydrożnym hotelu. Pogoda nas rozpieszcza, temperatury oscylują od 0 do -4. Cieplej niż w Polsce. Tym razem miały miejsce nocne Polaków rozmowy i nieco się przeciągnęły. W łóżkach wylądowaliśmy dość późno. Dokonując nadludzkiego wysiłku intelektualnego opanowaliśmy budziki i różnicę w czasie która wynosiła już 4h do przodu.

Dzień 4 – na Perm

Kolejny dzień jazdy asfaltami. Warunki drogowe niezmiennie fatalne. Samochody pokryte grubą warstwą mieszaniny piachu, soli i błota wyglądają jak po najtrudniejszym odcinku Camel Trophy. Oczywiście kierowcy tirów spod znaku trzech szóstek niezmiennie dają się nam we znaki. Temperatura nieco spadła i oscyluje w okolicach -5 do -7. Czeka nas kolejne 700-800 km do przejechania. Plan na dziś to dojechać do Permu i tam znaleźć nocleg. Bartek tak się wczoraj „rozgadał”, że dziś odsypia na fotelu pasażera. Bardzo rzadko mijamy samochody. Im bliżej Permu tym ruch na drodze coraz mniejszy. Zmiana czasu daje nam mocno w kość.

DROGOWE LODOWISKO
DROGOWE LODOWISKO

O godzinie 13. polskiego czasu jest już po zachodzie słońca. Wszyscy są już mocno zmęczeni walką z kilometrami monotonnej drogi oraz adaptacją do nowego rytmu dnia. Mamy wrażenie, że nasze organizmy nadal funkcjonują wg czasu polskiego. Przy życiu trzyma nas perspektywa jazdy po prawdziwych syberyjskich bezdrożach. Napieramy! O 20 czasu polskiego czyli 24 lokalnego docieramy do Permu, który powitał nas jak na tutejsze warunki „upałem” bo jest nadal -5. Mamy informację, że kilka dni przed naszym przyjazdem było –30. Pozostaje znalezienie noclegu. Kombinujemy jak rozwiązać tak dużą zmianę czasu żeby nie tracić dnia i jednocześnie nie zrywać się o 6 rano. Nocleg znaleziony. Sympatyczny motel przy drodze. Tradycyjnie miło ciepło i czysto. Zdecydowaliśmy, że przestawiamy się na czas lokalny, czyli jutro pobudka 6 rano. Umordowani kolejnym dniem jazdy wszyscy natychmiast znikamy w pokojach i zapadamy w zimowy sen. Podczas 3 tys km, które dotąd przejechaliśmy w Rosji, mieliśmy 3 kontrole policyjne. Mimo, że powody były: samochody uświnione, tablice rejestracyjne kompletnie nieczytelne a i światła nie zawsze czyste, to nadal poza kontrolą dokumentów i standardowymi pytaniami dokąd jedziemy, panowie policjanci życzą nam szerokiej drogi i puszczają wolno. Często kiedy słyszą dokąd jedziemy widzimy u nich mieszankę podziwu, zdziwienia, itp. Pytają – Maładcy po kiego czorta jadziecie tam z własnej woli?

Dzień 5 – z Permu do Yugorska

Zgodnie z umową o godz 10 według czasu lokalnego wszyscy siedzą już w samochodach. Choć przypominamy trochę zombie to humory dopisują. W nocy mocno sypnęło śniegiem, a poranek przywitał nas kolejną śnieżycą.

 MOTEL W OKOLICACH PERMU
MOTEL W OKOLICACH PERMU

Na drodze koszmarnie ślisko: służby tylko odśnieżają, ale nie sypią chemii. Drogę pokrywa gruba warstwa lodu. Stwierdzamy, że podobnie jak w Skandynawii, lokalni kierowcy śmigają na kolcach, co daje im chyba poczucie nieśmiertelności, bo zapitalają niemiłosiernie.

CZASAMI NAWET KOLCE NIE POMAGAJĄ
CZASAMI NAWET KOLCE NIE POMAGAJĄ

Temperatura trochę spadła i oscyluje w granicach -8, -9. Kolejny cel to Yugorsk – 700km do przejechania. Tam już zaczynamy podróż tak wyczekiwanymi zimnikami. Za Permem wjeżdżamy na Ural. Za oknem z lewej i prawej strony zwarta ściana lasu. Rzadko mijamy niewielkie miejscowości. Większość miast wygląda na wymarłe. To posowieckie bardzo zaniedbane blokowiska zbudowane wokół fabryk – przygnębiający widok. Natomiast wsie, to głównie stare walące się drewniane chałupy, wyglądające jakby pamiętały czasy caratu. Na dziesięć widocznych chałup, w jednej, najwyżej trzech, z komina leci dym. Reszta to rudery z zawalonymi dachami i pustymi oczodołami po oknach.

ZAWALONA CHAŁUPA
ZAWALONA CHAŁUPA

 

MIASTO PRZY TRASIE
MIASTO PRZY TRASIE

Sypie coraz mocniej, ale temperatura nadal w okolicy -10. Po drodze zmieniamy kontynent. Przekraczamy granicę Europy i Azji. Zenek wspina się w głębokim śniegu pod wysoki obelisk symbolizujący granicę między kontynentami, a my robimy pamiątkowe zdjęcia.

SYMBOLICZNA GRANICA MIĘDZY EUROPĄ I AZJĄ
SYMBOLICZNA GRANICA MIĘDZY EUROPĄ I AZJĄ

 

SYMBOLICZNA GRANICA MIĘDZY EUROPĄ I AZJĄ
SYMBOLICZNA GRANICA MIĘDZY EUROPĄ I AZJĄ

Do Yugorska dojeżdżamy wieczorem. Zaczynamy odczuwać mentalność ludzi północy. Na stacji benzynowej kierowcy podchodzą pytając gdzie jedziemy, skąd jesteśmy czy potrzebujemy czegoś, itd. Podczas jednej z takich rozmów okazuje się, że nasz interlokutor dobrze kojarzy Polskę, bo służył w jednostce bratniej armii, która stacjonowała w Legnicy. Żartując mówimy: wtedy byliście wy, teraz są Amerykanie… On odpowiada krótką sentencją: świat i życie nie znosi pustki … I wsio jasne! Rosjanie mają wybitny talent do opisywania złożonych tematów w kilku celnych słowach. Pośmialiśmy się jeszcze chwilę z różnych spraw i kolega „krasnoarmijec” żegna się i odjeżdża. Jeden z kierowców, kiedy dowiaduje się, że szukamy noclegu mówi, żeby jechać za nim. Zaprowadzi nas do gostynicy. Jak powiedział, tak robimy. Po paru kilometrach lądujemy na parkingu pod małym hotelikiem. Idziemy z Zenkiem dowiedzieć się co i jak. Niestety miejsc brak. Panie w recepcji nieproszone siadają do telefonów i w poszukiwaniu dla nas jakiegoś lokum zaczynają obdzwaniać cały Yugorsk. Niestety trafiliśmy na jakiś feralny dzień, bo nigdzie nie ma miejsc. Panie pytają, czy może być kwartira, którą można wynająć na jedną noc? Takie lokalne Airbnb… Jak się okazało pomysł był dobry. Panie szybko ogarniają temat naszego noclegu i lądujemy w przytulnym, czystym 3 pokojowym mieszkaniu.

WIDOK Z OKIEN NASZEJ KWARTIRY
WIDOK Z OKIEN NASZEJ KWARTIRY

Wspólna kolacja, trochę rozmów przy piwie i lądujemy w łóżkach. Jutro znowu trzeba wstać wcześnie rano, aby odszukać wjazd na zimnik, który zaprowadzi nas na północ.

Dzien 6 – Zimnikami na północ

O 9 rano siedzimy w samochodach. Nadal sypie śnieg. Temperatura w normie, ok -10 ,-12. W pobliskim markecie uzupełniamy zapasy i wyjeżdżamy z miasta. Dość sprawnie znajdujemy wjazd na zimnik, prowadzący do Igrimia – miasta nad rzeką Ob, z którego już prosto na północ pojedziemy do Salechardu.

NA ZIMNIKU Z YOGURSKA DO MIASTA IGRIM
NA ZIMNIKU Z YUGORSKA DO MIASTA IGRIM

Zimnik generalnie prowadzi wzdłuż wielkiej rury gazociągu Gazpromu. Trasa, którą jedziemy funkcjonuje tylko dlatego, że jest drogą techniczną rurociągu.

TABLICA INFORMACYJNA NA ZIMNIKU
TABLICA INFORMACYJNA NA ZIMNIKU

Po kilkunastu kilometrach trafiamy na posterunek ochrony „wielkiej rury”. Panowie z kałachami na plecach wyglądają groźnie, ale okazują się bardzo mili. Informują, że muszą nas pouczyć jak zachowywać się w pobliżu gazociągu i wręczają regulamin, który nazywają pamiatką.

POSTERUNEK OCHRONY WIELKIEJ RURY
POSTERUNEK OCHRONY WIELKIEJ RURY

Każdy z kierowców zostaje spisany i musi pokwitować, że został przeszkolony, oraz odebrał bumage z regulaminem. Możemy jechać. Zimnik odśnieżony, ale w stanie nie najlepszym. Mocno dziurawy, dużo zjazdów i podjazdów.

ZIMNIK Z YOGURSKA DO IGRIM
ZIMNIK Z YOGURSKA DO IGRIM

Za oknem widać oznaczenia informujące, gdzie przebiega rura, gdzie są zawory itp.

Jedziemy według mapy, choć jak się okazuje powinniśmy bardziej zwracać uwagę na stan drogi. Tam gdzie jest lepiej odśnieżona i szersza –  tam jest właściwy zimnik. Co roku położenie trasy trochę się zmienia i zostaje sporo ślepych odnóg mogących zaprowadzić w niezłe kłopoty. Dajemy zwieźć się mapie i wjeżdżamy właśnie w taką nie odśnieżaną drogę. Z każdym metrem robi się coraz trudniej. W końcu przewiany zmrożony śnieg robi się na tyle twardy, że jest w stanie zatrzymać naszą Dyskotekę. Koniec jazdy!

Dyndamy kołami w powietrzu! Niestety, koleina okazuje się zbyt głęboka, a po horyzont droga wygląda podobnie. Zapada decyzja. Wycofujemy się! Tomek z Defka zapina linę wyciągarki do naszego samochodu.

Kilka obrotów bębna i odzyskujemy trakcję. Niestety, Zenek swoim Mercedesem wypadł z koleiny i stoi. Przy pomocy łopat i wyciągarki wydłubujemy Zenka i na wstecznym wycofujemy się do bardziej cywilizowanej drogi.

Mercedes jeszcze kilkukrotnie wypada z drogi.

Po 2 godzinach wracamy na zimnik, którym powinniśmy jechać. Po drodze trafiamy na remont kilkunastokilometrowego odcinka wielkiej rury. Wyciągają stare rury i zakopują nowe. Generalnie rozpierducha na maksa. Wszystko przy temperaturze -12. Robotnicy pracują, jakby była połowa lata. Znowu błądzimy i tracimy kolejne 1,5h. Nikt się tym nie przejmuje: przecież po to tu jechaliśmy ponad 3 tys km. Po zmierzchu docieramy do Igrimia przejeżdżając ok 200km. Nocleg znajdujemy w hotelu robotniczym gdzie śpią pracownicy Gazpromu.

HOTEL ROBOTNICZY W KTÓRYM ŚPIMY
HOTEL ROBOTNICZY W KTÓRYM ŚPIMY

Szału z wygodami nie ma, ale jest ciepło i czysto. Wspólna kolacja, jakieś piwo, chwila rozmowy o dzisiejszym dniu i planach na jutro. Idziemy spać. Jutro chcemy przejechać 600 km zimnikiem, aby dotrzeć do Salechardu. Dzięki temu będziemy mieli więcej czasu na eksplorację północy.

Dzien 7 – Ach te zimniki, czyli z Igrimia do Salechardu

Pobudka 7 rano. Szybka kawa i śniadanie. O godz. 8 wszyscy już siedzą w samochodach. Za oknem właściwie jeszcze noc.

PORANEK W IGRIMIU. ZARAZ RUSZYMY W DROGĘ
PORANEK W IGRIMIU. ZARAZ RUSZYMY W DROGĘ

Plan na dziś to Salechard, miasto u nasady półwyspu Jamalskiego. Dystans jaki mamy do przejechania zimnikami to 600km . Trasa prowadzi wzdłuż i po rzece Ob. Kiedy wyjeżdżamy z Igrimia i przekraczamy szlaban wjazdowy na zimnik powoli zaczyna świtać.

WJAZD NA ZIMNIK Z IGRIMIA DO SALECHARDU
WJAZD NA ZIMNIK Z IGRIMIA DO SALECHARDU

Jak na syberyjski poranek dość ciepło bo tylko -7. Tradycyjnie w nocy sypnęło śniegiem.

NA ZIMNIKU
NA ZIMNIKU

Jak na razie droga przyzwoita. Około dziewiątej robi się widno i wita nas ładny słoneczny dzień. Świeży śnieg, poderwany przez nasze samochody, ładnie je okleja zakrywając „asfaltowe brudy”.

NA ZIMNIKU
NA ZIMNIKU

Tradycyjnie ok 14 robimy przerwę na kawę. Chcemy zagotować wodę. Zaczynają się testy różnych mieszanek gazu w butlach naszych kuchenek.

PRZERWA NA KAWĘ
PRZERWA NA KAWĘ

Niektóre już w temperaturze -10 zamieniają się w płyn i stają się niepalne. Na szczęście wkłady Campigaz do kuchenek działają bez zarzutu i w ciągu kilku minut wszyscy odpoczywamy w słońcu z kubkami gorącej kawy. W międzyczasie pojawia się „lokales” na skuterze śnieżnym, który pamięta jeszcze chyba Breżniewa. Tradycyjnie pyta czy wszystko w porządku, czy może czegoś nam potrzeba i czy znamy drogę. Krótka rozmowa skąd i dokąd jedziemy. Ruszając, życzy nam szczęśliwej podróży i wraz ze swoimi psiakami znika za zakrętem.

Ruszamy dalej. Jedziemy teraz po lodzie, środkiem rzeki Ob. Droga co jakiś czas przesuwa się na brzeg by po chwili wrócić na środek rzeki.

JEDZIEMY SAMYM ŚRODKIEM OBU
JEDZIEMY SAMYM ŚRODKIEM OBU

Nawierzcnia miejscami na tyle równa, że można jechać nawet 80km/h ale są też odcinki po których szybciej niż 10 -15km/h jechać się nie daje. Po drodze mijamy większe i mniejsze osady rybackie. Gdyby nie psy, które kręcą się koło chałup można by pomyśleć, że to wsie wymarłe.

OSADA RYBACKA NAD OBEM
OSADA RYBACKA NAD OBEM

Na brzegach mijamy łodzie, statki, stateczki i wszelkiej maści sprzęt pływający, który w oczekiwaniu na wiosnę zimuje na brzegu. Myślimy, że koniecznie trzeba wybrać się w te okolice latem.

OSADA RYBACKA NAD OBEM
OSADA RYBACKA NAD OBEM
WODOLOT NA ZIMOWYM PARKINGU
WODOLOT NA ZIMOWYM PARKINGU

Jest godzina 16. Jedziemy już 8 godzin. Za nami ok 300 km drogi. Im dalej na północ tym temperatura odrobinę spada. Termometry pokazują -10. Pogoda nas oszczędza, w tym rejonie o tej porze roku normalne temperatury w ciągu dnia oscylują w okolicach -30. Do przejechania pozostało jeszcze 300km……

W DRODZE DO SALECHARDU
W DRODZE DO SALECHARDU

Zenek w Galendzie i Tomek Defkiem trochę się rozbrykali i zaczynają szaleć po dziurawej drodze. Kilkakrotnie zwracamy im uwagę i prosimy żeby oszczędzali samochody, bo do domu daleko.

W DRODZE DO SALECHARDU
W DRODZE DO SALECHARDU

Zimnik przecina niezliczone dopływy Obu, więc co chwila przejeżdżamy przez zamarznięte rzeki i rozlewiska. Co ciekawe, śniegu nie jest dużo ale są miejsca, gdzie nawiany sięga do pasa i wyżej. Okolica staje się coraz dziksza. Odcinki, gdzie poza lodowymi pustkowiami nie ma nic, stają się nużąco długie. Od czasu do czasu mija nas osobówka, rzadziej duży samochód ciężarowy. Przed każdym przejazdem przez rzekę stoją znaki informujące do jakiego maksymalnego tonażu samochody mogą poruszać się po zimniku.

W DRODZE DO SALECHARDU
W DRODZE DO SALECHARDU

Pojawiają się też specjalne pojazdy przeznaczone do poruszania się po tajdze. Ich cechą charakterystyczną są ogromne, szerokie koła wyposażone w niskociśnieniowe opony. Tego typu rozwiązanie pozwala oponom utrzymać się na powierzchni zmarzliny i daje szansę na poruszanie po zamarzniętym śniegu lub błocie . To takie lokalne Arctic Trucki. Często pojazdy są też przystosowane do pływania. Korzysta się z nich latem, kiedy cała okolica zamienia się w jedno wielkie bagno.

TYM SIĘ JEDZI PO SYBERII
TYM SIĘ JEDZI PO SYBERII

Po kilku godzinach, już po ciemku, zmęczeni docieramy do Łabytnagi dzielnicy/miasta, które przez Ob sąsiaduje z Salechardem. Planujemy znaleźć tu nocleg. Pomaga nawigacja i w ciągu 5 minut lądujemy na hotelowym parkingu.

Nie zdążamy wyłączyć silników kiedy zjawia się kilku młodych ludzi z pytaniem czy u nas wszystko ok i czy czegoś nie potrzebujemy. Wspominamy, że szukamy noclegu i wybór padł na ten hotel. Dostajemy info, że tu jest koszmarnie drogo i jak możemy poczekać ok. 30 min, to ich znajomy podjedzie i zabierze nas na „kwartirę”, która będzie na pewno o wiele tańsza. Oczywiście przystajemy na propozycję. Młodzież odjeżdża. Czekamy.

W międzyczasie zaczepia nas jeszcze kilka osób z pytaniem czy wszystko ok. Skąd jesteśmy, dokąd jedziemy etc. Zjawia się też dwóch eleganckich panów, którzy jak się okazuje, są Ukraińcami od lat mieszkającymi na północy. Oni także oferują organizację noclegu tym razem zupełnie za darmo. Wykonują kilkanaście telefonów, a w przerwach między telefonami rozmawiamy i żartujemy. Panowie wracają z jakiejś oficjalnej imprezy związanej z wojną w Afganistanie, w której, jak rozumiemy, uczestniczyli, więc są troszkę „zawiani”. Jest wesoło. Po kolejnej rozmowie telefonicznej meldują, że za 20 min ktoś przyjedzie i zabierze nas do kwartiry gdzie nas nakarmią i przenocują.

Podobno od przybytku głowa nie boli, a jednak … Musimy podjąć jakąś decyzję, tym bardziej, że zjawia się „znajomy od kwartiry”. Dopytujemy o cenę, która wydaje się bardzo atrakcyjna i w myśl zasady lepszy „wróbel w garści niż gołąb na dachu” wybieramy opcję komercyjną. Bardzo dziękujemy gierojom z Afganistanu i jedziemy ze znajomym na kwartirę.

Mieszkanie znajduje się w drewnianym, pewnie 100 letnim bloku w stanie już „przedzawałowym”. Samo mieszkanie bardzo zniszczone z umeblowaniem pamiętającym jeszcze Stalina. Trzy pokoje, duża kuchnia i łazienka z ciepłą wodą. Jako, że jesteśmy bardzo zmęczeni podejmujemy decyzję! Nie będziemy marudzić i zostajemy!

TU SPALISMY W ŁABYTNAGI
TU SPALISMY W ŁABYTNAGI

Po kolacji przy piwie omawiamy plany eksploracji Jamału i okolic. Dzięki temu, że cisnęliśmy do tej pory 700 – 800 km dziennie zyskaliśmy kilka dni luzu i najbliższe 4-5 dni możemy poświęcić na zwiedzanie północy. Jutro jedziemy na półwysep Jamalski. Tam spróbujemy zanocować. Kolejne dni chcemy poświęcić na przedarcie się przez północny Ural do Workuty, a stamtąd podjąć próbę powrotu do domu. Jako, że nikt w ekipie nie jest miłośnikiem miejskich wędrówek, to zwiedzanie Salechardu zostawiamy na później jeśli oczywiście będzie czas.

Dzień 8 – No i klops….

Już nie musimy się spieszyć, więc wstajemy ok 8:30. Śniadanie, kawa i po 9 jesteśmy w samochodach. Po uzupełnieniu zapasów w pobliskim sklepie obieramy kierunek północ i jedziemy na Jamał. Droga prowadzi przez zamarznięty Ob do Salechardu. To miasto bardzo nowoczesne i bogate, tak przynajmniej wygląda z okien samochodu. Mówią na nie miasto Gazpromu. Teraz widzimy jak zmienił się krajobraz. Tajgę zastąpiły płaskie, białe pustkowia. Gdzieniegdzie widać kępy rachitycznych iglaków. Tak właśnie wygląda tundra zimą. Czeka nas kilkadziesiąt kilometrów niedawno zbudowaną betonową drogą.

DROGA PRZEZ TUNDRĘ NA JAMAŁ
DROGA PRZEZ TUNDRĘ NA JAMAŁ

Potem przejazd zimnikiem przez ujście Obu do morza Barentsa i spory dystans po samym morzu. Są emocje… Droga mimo, że betonowa nie daje możliwości szybkiej jazdy. Widać, że na wiosnę niektóre fragmenty zapadają się w wieczną zmarzlinę, tworząc zespoły muld, które wybijają samochody w górę jak na torze motocrosowym. Max to ok 50-60 km/h. Ostatni odcinek drogi przed wjazdem na zimnik po Obie jest zdecydowanie lepszy, więc jedziemy stówką.

FALISTA BETONKA
FALISTA BETONKA

W małej nadrzecznej osadzie kończy się utwardzona droga. Zwalniamy do kilku kilometrów na godzinę i kompletnie zalodzonym zjazdem zsuwamy się do rzeki. W tym momencie w radiu słyszymy Zenka – Poczekajcie bo chyba zgubiłemmi koło! W pierwszej chwili pomyśleliśmy, że to zapas spadł z dachu. Zawracamy spod szlabanu na zimniku, jedziemy w górę i…szczęki lądują nam na ziemi. To nie zapas! Odpadło tylne lewe koło! Jakimś cudem podwinęło się pod wahacz, tak że tarcza hamulcowa nie dotknęła nawet ziemi? Ostatnie kilka metrów samochód ślizgał się na leżącym kole. Szczęście w nieszczęściu !!! Od razu przypomniał nam się wczorajszy dzień i szaleństwa chłopaków po zimniku. A ostrzegaliśmy – oszczędzajcie samochody. Po bliższych oględzinach okazuję się, że jednej śruby brak, trzy urwane! Jedna, która została, przed wykręceniem się na tyle przytrzymała koło, że wsunęło się pod tarczę hamulcową. To cud, że nie stało się to parę minut wcześniej kiedy gnaliśmy 100km/h!!!

URWANE KOŁO W MERCEDESIE
URWANE KOŁO W MERCEDESIE
URWANE KOŁO W MERCEDESIE
URWANE KOŁO W MERCEDESIE

Pożyczka po jednej śrubie z pozostałych kół i na dwie śruby, ale jednak koło założone. Musimy znaleźć warsztat, który wykręci resztki urwanych śrub z piasty. Liczymy, że jakimś cudem będzie miał śruby, którymi uzupełnimy te brakujące. Okazuje się, że stoimy kilka metrów od małej bazy transportowej, gdzie spodziewamy się znaleźć warsztat. W bazie nie mogą pomóc, ale znają lokalnego mechanika, do którego dzwonią. Ma podjechać i nas zabrać do siebie, gdzie spróbuje coś wykombinować. Po kilku minutach podjeżdża. Powoli jedziemy za nim. Po drodze, Zenka zatrzymuje patrol policji. Panowie kiedy dowiadują się o całej sytuacji bez żadnej kontroli każą jechać dalej, życząc powodzenia w naprawie. Warsztat okazuje się być drewnianą szopą, zbudowaną przy domu. Musimy poczekać bo na podnośniku akurat wisi jakaś osobówka, którą chłopaki muszą poskręcać i wyjechać. My rozważamy co mogło być przyczyną takiej awarii. Zenek twierdzi, że przed wyjazdem osobiście był przy dokręcaniu kół przez znajomego oponiarza. Podejrzewamy, że w przeszłości ktoś wielokrotnie dokręcał koła pneumatem bez klucza dynamometrycznego i poprzeciągał śruby. Wczorajsze 600 km dziur i wibracji z tym związanych, spowodowało poluzowanie i wypadnięcie jednej z nich. Druga pewnie się poluzowała a pozostałe trzy nie wytrzymały i się urwały. Tak czy siak szok i niedowierzanie. Po pół godzinie mercedes już wisi na podnośniku. Właściciel warsztatu przygotował dla nas stół, który zamiast obrusu nakrył kartkami papieru A4. Naprawdę miłe chłopaki. Kolejny raz Rosjanie zaskakują nas ogromną życzliwością. Korzystając z okazji, rozkładamy kuchenne wyposażenie i robimy sobie ciepły posiłek. Dziewczyny na rozgrzewkę robią herbatę z prądem gdzie prąd to prawdziwa domowa śliwowica – chyba trójfazowa, bo mocna jak cholera. I tu kolejne zaskoczenie, panowie mechanicy odmawiają wspólnego toastu tłumacząc się pracą….Co za czasy!!!

W WARSZTACIE
W WARSZTACIE

Zaczynają się schody. Materiał, z którego wykonane są śruby do kół to stal wzmacniana, więc rozwiercenie idzie mega opornie. Do tego są tak zapieczone, że mimo zmasowanego ataku nawet nie drgnęły. Zaczyna się koronkowa robota. Żeby nie zniszczyć gwintu w piastach, małym pilnikiem założonym do wiertarki mechanicy wypiłowują śrubę. Na koniec  szpilorkiem wydłubują z gwintu piasty cienką warstwę stali z gwintem,. Wydłubanie pierwszej zajęło … 4 godziny. W międzyczasie decydujemy że nie ma sensu żeby wszyscy siedzieli i tracili dzień. My zostajemy z Zenkami a Tomka i Kasię wysyłamy na Jamał. Po długiej „walce” z trudem godzą się nas zostawić. Dostają od nas Garmina ze śladem i ruszają w drogę. Po kolejnych 6 godzinach, śruby z piasty usunięte, ale to nie koniec problemów. Pożyczając po jednej śrubie z każdego koła mamy tylko 3 z 5. To za mało żeby bezpiecznie kontynuować naszą wyprawę . Niestety mechanicy nie mają takich śrub. Sugerują, że może uda się je kupić w którymś ze sklepów lub warsztatów w Salechardzie. Na koniec dodają, że w Salechardzie jeżdżą chyba tylko 2 lub 3 Mercedesy G i mogą być problemy z częściami … Jest piątek wieczór i żadne zakłady, w których można by wytoczyć śruby już nie pracują. Kontaktujemy się z Tomkiem i Kasią z Defa. Umawiamy się w kwartirze, w której spędziliśmy ostatnią noc. Zenek jutro będzie szukać śrub w mieście. Jadąc bardzo wolno późnym wieczorem docieramy do naszej kwartiry w Łabytnagi. Kasia i Tomek także dojeżdżają i w komplecie, w marnych nastrojach spędzamy noc.

Dzień 9 – W poszukiwaniu świętego Graala

Od rana Zenek wyrusza na poszukiwanie śrub. My zostajemy w mieszkaniu. Po całym dniu poszukiwań okazuje się, że szans na zdobycie potrzebnych części w rozsądnym czasie nie ma. Najbliższe są w … Moskwie. Jedyne co udało się osiągnąć to znalezienie zwykłej śruby z takim samym gwintem. Dodajemy dużą podkładkę opierającą się na feldze i wkręcamy śrubę jako czwartą. To wszystko co możemy zrobić.

Wieczorem decydujemy, że ze względu na awarię i małą prędkość z jaką będziemy mogli podróżować robimy zwrot przez rufę i wracamy do domu. Wszyscy mamy wizy ważne do 27 lutego więc czasu niewiele. Jednak trochę żal i po długiej dyskusji uznajemy, że tak łatwo się nie poddamy i wracamy inną drogą. Pojedziemy jeszcze 350 kilometrów w linii prostej na wschód do Nadymia i stamtąd na południowy zachód zimnikiem do Niagania i Yugorska . Takie rozwiązanie daje nam ok 3 dni zapasu, a jednocześnie jeszcze zobaczymy coś nowego.

Dzień 10 – czyli Martwa droga

Trasa do Nadymia to ok 80 km betonowej drogi na początku i 250 km zimnika, podobno jednego z trudniejszych w okolicy. Tradycyjnie 8 rano pobudka, śniadanie, kawa i o 9 siedzimy w samochodach. Kolejny raz przelatujemy przez Salechard. Tym razem mijamy wielki pomnik mamuta w czerwonym futerku, który jest symbolem Salechardu. Kilka chwil na pamiątkowe zdjęcia i ruszamy dalej.

POMNIK MAMUTA W SALECHARDZIE
POMNIK MAMUTA W SALECHARDZIE

Po drodze pojawia się jeszcze idea podjechania w kilka miejsc, gdzie może były potrzebne części. Finalnie trafiamy do firmy Gienka, który poza produkcją okien ma też warsztat samochodowy. Mechanicy podejmują próbę dorobienia czegoś z niczego i kilka godzin spędzamy w przemiłym towarzystwie Gienka i jego znajomych. Wszyscy namawiają nas na powrót latem i spływ kajakami Obem. Podobno jest pięknie. Dostajemy też zaproszenie na wieczorną banię.

PAMIĄTKOWE ZDJĘCIE Z GIENKIEM
PAMIĄTKOWE ZDJĘCIE Z GIENKIEM
KOLEJNE DAREMNE PRÓBY ROZWIĄZANIA PROBLEMU ŚRUB
KOLEJNE DAREMNE PRÓBY ROZWIĄZANIA PROBLEMU ŚRUB

Niestety nic mądrego w temacie śrub nie udało się zdziałać. Zenek stracił zaufanie do auta, obawia się, że z samochodem mogą być jeszcze jakieś problemy. Z bólem rezygnujemy z bani i postanawiamy jechać dalej. Około 14 żegnamy się z Gienkiem i wyjeżdżamy z Salechardu w stronę Nadymia.

Betonowy odcinek dość szybko zostawiamy za sobą i ok 16 wjeżdżamy na zimnik. Przed nami ok 250 km dość trudną drogą. Zaczyna intensywnie padać śnieg, temperatura nieco spadła. Jest ok -15. Wokół nas tundra czyli białe pustkowia, żadnej cywilizacji. Ruch właściwie zerowy.

KOLEJNE DAREMNE PRÓBY ROZWIĄZANIA PROBLEMU ŚRUB
TUNDRA
WJAZD NA ZIMNIK DO NADYMIA. GDZIEŚ OBOK BIEGNIE MARTWA DROGA
WJAZD NA ZIMNIK DO NADYMIA. GDZIEŚ OBOK BIEGNIE MARTWA DROGA

Niedługo zrobi się ciemno, a szkoda, bo ominą nas ciekawe widoki. Zimnik początkowo dość dobry z każdym kilometrem robi się węższy, bardziej zawiany i coraz trudniejszy. Włączamy reduktory i wolno posuwamy się w stronę Nadymia. Pogoda staje się coraz gorsza. Śnieg pada intensywniej, zrywa się silny wiatr. Miejscami droga jest tak wąska, że szans na wyminięcie się z samochodem jadącym z przeciwka nie ma. Na szczęście na zimniku jesteśmy kompletnie sami. Okazuje się, że zimnik, po którym się poruszamy ma swoją mroczną historię. Powstał przy okazji budowy tzw. Martwej Drogi czyli Transpolarnej Magistrali Kolejowej.
Transpolarna Magistrala Kolejowa – nazwa północnosyberyjskiej linii kolejowej, budowanej w latach 1949–1953 przez więźniów łagrów sowieckich. W planach linia miała mieć 1300 km długości i łączyć miasta Salechard nad rzeką Ob i Igarka nad Jenisejem, biegnąc na wysokości koła podbiegunowego. Planowano budowę jednotorowej linii kolejowej z 26 stacjami oraz 106 mijankami. Konstrukcję linii rozpoczęto z dwóch stron naraz i prowadzono z dużym pośpiechem, oddając już w pierwszym roku 120 km torów wraz z linią telegraficzną, przystaniami rzecznymi, parowozowniami, stacjami i warsztatami. Przy budowie zatrudniono około 100 tysięcy więźniów, którzy musieli pracować w bardzo ciężkich warunkach wiecznej zmarzliny. Rozlokowano ich w Obozie Pracy nr 501 na wschód od Salechardu i Obozie Pracy nr 503 na zachód od Igarki. Budowę przerwano wkrótce po śmierci Józefa Stalina, po ukończeniu 700 kilometrów torów kolejowych. Początkowo ukończone odcinki poddawane były konserwacji, ale ze względu na duże koszty i bezużyteczność linii, wkrótce ewakuowano więźniów i obsługę, a magistralę porzucono. Do dziś ostały się resztki szyn, tabor kolejowy oraz zabudowania obozowe w przebiegu linii. Liczba ofiar, które pochłonęła Martwa Droga nie jest znana.” – źródło Wikipedia.

Wypatrujemy resztek linii kolejowej i pozostałości po łagrach. Niestety zapadający zmrok definitywnie grzebie nasze nadzieje na zobaczenie czegokolwiek.

W DRODZE DO NADYMIA
W DRODZE DO NADYMIA

Chwila nieuwagi i głęboki nawiany śnieg ściąga nas z drogi do rowu. Niestety bez wyciągarek nie uda się wyjechać. Na szczęście jest to odcinek leśny, gdzie przy drodze rośnie sporo drzew. Tomka przypinamy do drzewa, Zenka do Tomka, a do nas przypinamy linę z Zenka wyciągarki. Musimy użyć zblocza żeby wyciągać samochód w linii jak najbardziej prostopadłej do drogi. Po godzinie jedziemy dalej. Droga trudna, zawiana, totalna zamieć. Średnia prędkość jaką uzyskujemy to 20km/h . Kilometry ubywają bardzo wolno, do pokonania dużo głębokich jarów, którymi płyną większe i mniejsze rzeki. Widać, że droga nie jest zbyt często uczęszczana. To najgorszy zimnik jakim do tej pory jechaliśmy. W takich warunkach jedziemy jeszcze kilka godzin. Ok 23 decydujemy, że szukamy miejsca na nocleg i i dzisiejszą noc spędzamy w samochodach. Znajdujemy zatoczkę, w której mieszczą się nasze samochody. Na zewnątrz poniżej -20, ale dzięki webasto w samochodzie jest ciepło. Szybko organizujemy spanie w autach i zmęczeni zasypiamy.

Dzien 11 – Martwa droga ciąg dalszy

Budzimy się dość wcześnie ale jest już widno. Temperatura wzrosła. Jest ok -12. Jak się okazało w nocy w samochodach było tak ciepło, że wszyscy rozbieraliśmy się z wielu warstw ubrań, które założyliśmy na siebie przed snem w obawie przed zmarznięciem. Przez szyby samochodów zauważamy, że nasz nocleg wypadł w bezpośrednim sąsiedztwie pozostałości zabudowań technicznych i resztek linii kolejowej Martwej Drogi. Szczęście nam dopisało.

PIERWSZY NOCLEG NA DZIKO
PIERWSZY NOCLEG NA DZIKO

Plenerowa kawa, szybkie śniadanie i startujemy dalej.

PIERWSZY NOCLEG NA DZIKO
PIERWSZY NOCLEG NA DZIKO

Po jakimś czasie orientujemy się, że gdzieś po prawej stronie od nas trwa jakaś wielka budowa. Podejrzewamy, że to albo rurociąg albo droga. Na zimniku pojawia się sporo sprzętu budowlanego – koparki wywrotki etc. Biorąc pod uwagę, że dziś jest niedziela, a prace trwają, musi to być coś ważnego. Z drugiej strony zima to jedyny okres, w którym można coś budować na tym wielkim bagnisku. Do Nadymia zostało nam jakieś 140 km, ale droga jest w nieco lepszym stanie i możemy jechać szybciej. Po chwili jednak zwalniamy. Napotykamy stado reniferów spacerujące po drodze.

CIEKAWSKIE RENIFERY
CIEKAWSKIE RENIFERY

Po odcinku leśnym znowu wjeżdżamy w tundrę, czyli biało pusto i płasko…

PUSTO I BIAŁO...
PUSTO I BIAŁO…

Ruch minimalny. Kiedy las się kończy możemy „podziwiać” pozostałości Martwej Drogi – zdewastowaną linię kolejową, słupy telegrafu i ruiny różnych budowli inżynieryjnych.

MARTWA DROGA. POZOSTAŁOŚCI WIADUKTU
MARTWA DROGA. POZOSTAŁOŚCI WIADUKTU

Około 40 km przed Nadymiem dostrzegamy jak na te warunki świetnie zachowane pozostałości łagru. Zatrzymujemy się i idziemy obejrzeć tę smutną pamiątkę z bliska. To co tam zastaliśmy robi wrażenie i na długo pozostanie w naszej pamięci.

MARTWA DROGA. ŁAGIER
MARTWA DROGA. ŁAGIER
MARTWA DROGA. ŁAGIER
MARTWA DROGA. ŁAGIER

Ruszamy dalej. Po drodze orientujemy się, co Rosjanie budują wzdłuż zimnika. Będzie utwardzona droga między Salechardem a Nadymiem. Kto wie, może to była ostatnia okazja przejechania tym zimnikiem. Kiedy powstanie normalna droga, zimnik przestanie być utrzymywany i błyskawicznie zniknie…..

Przed nami szlaban. To sygnał, że dojechaliśmy do końca zimnika i zarazem Nadymia. Pan z budki wzywa do siebie – trzeba się odmeldować. Gdybyśmy się nie pojawili, służby mogłyby uruchomić akcję ratunkową. Podstawowa zasada brzmi – ile samochodów wjechało tyle musi wyjechać z zimnika. Podczas formalności pan zimnikowy wypytuje o nasze plany. Sugeruje jazdę skrótem czyli kolejnym zimnikiem do Niagania. Wybierając ten wariant oszczędzilibyśmy 800km. Na koniec rozmowy dostajemy na pamiątkę książkę – album z sowieckimi medalami …sic!

PREZENT
PREZENT

Oraz monetę 10 rublową jako amulet przynoszący szczęście(!) Moneta na oko jak wszystkie ale jednak inna. Zamiast dwugłowego orła, godła Rosji jest niedźwiedź z halabardą. Sprawdziliśmy chyba z 50 innych 10 rublówek i na żadnej czegoś takiego nie ma.

MONETA AMULET KTÓRY MA NAM ZAPEWNIĆ SZCZĘŚLIWY POWRÓT DO DOMU
MONETA AMULET KTÓRY MA NAM ZAPEWNIĆ SZCZĘŚLIWY POWRÓT DO DOMU

W międzyczasie pojawił się mężczyzna, który także wyjeżdżał z zimnika. Zaoferował pokazać gdzie wjechać na zimnik do Nagania. Do przejechania mamy ok 1700km, a nikt nie jest w stanie nam powiedzieć czy są tam jakieś stacje benzynowe, no i czy zimnik jest w ogóle przejezdny. Generalna informacja jest taka – jedziemy przez środek tajgi, praktycznie nie ma miejscowości, stan drogi nieznany… Po krótkiej naradzie z ułańską fantazją decydujemy, że jedziemy w nieznane. Musimy zatankować nie tylko zbiorniki ale na wszelki wypadek także kanistry, które do tej pory podróżowały puste na dachach samochodów. Każdy ma dodatkowe 40 l paliwa więc jakoś damy radę. Jak się okazuje, droga to mieszanka odcinków z betonowych płyt i klasycznego zimnika. I tak setki kilometrów. Ładny poranek zamienił się w śnieżycę z silnym wiatrem. Temperatura spadła do -25. Późnym popołudniem w środku niczego natrafiamy na osadę, w której znajdujemy stację benzynową. Dotankowujemy samochody i wpadamy na pomysł, że może zjedlibyśmy coś lokalnego. Chwilę kręcimy się między zabudowaniami, ale nie znajdujemy żadnego baru ani restauracji. Mijająca nas Toyota Hilux zatrzymuje się i tradycyjnie pada pytanie co się stało, czy potrzebujemy pomocy? Gdy mówimy, że szukamy czegoś do jedzenia, ekipa z Toyoty każe jechać za sobą i po paru kilometrach lądujemy w miarę nowoczesnej miejscowości pod drzwiami do restauracji Dziękujemy za pomoc i wchodzimy do środka. Już „witamy się z gąską” gdy dwie panie informują, że restauracja jest nieczynna, bo sprzątają po sobotniej imprezie. Widząc nasze zawiedzione miny stwierdziły jednak, że skoro taki kawał drogi za nami i przed nami to nas nakarmią i zapraszają do środka. Kolejny szok i niedowierzanie – każdy z nas pomyślał o takiej sytuacji w Polsce z podróżującymi Rosjanami – możliwe? Raczej nie… Po chwili dowiadujemy się, że to restauracja gruzińska, prowadzona przez prawdziwego Gruzina, który właśnie wychodzi nas powitać i zaprasza do stołu. To co dostaliśmy do jedzenia i picia jest nie do opisania. Można tylko powiedzieć że przez 2 godziny byliśmy w kulinarnym raju.

GRUZIŃSKA RESTAURACJA NA SYBERII
GRUZIŃSKA RESTAURACJA NA SYBERII

Wszystko co dobre zawsze za szybko się kończy! Musimy się żegnać, na nas pora – kawał drogi przed nami. Kiedy ruszamy jest już ciemno, a zamieć przybrała na sile. Zenek przy każdym postoju sprawdza śruby w kołach, ale i tak jedziemy wolno bo ślisko i dziurawo. Umawiamy się że jak do 21 nie znajdziemy żadnego spania pod dachem to znowu śpimy w samochodach. Tak jak się spodziewaliśmy nie docieramy do żadnej cywilizacji. Znajdujemy małą polankę, gdzie osłonięci od wiatru przez drzewa organizujemy kolejny nocleg na dziko. Temperatura spadła poniżej -25. Zmęczeni szybko wskakujemy w śpiwory i zasypiamy.

Dzień 12 – Powoli kończymy …

Wstajemy ok 8.30 i znowu wszyscy narzekają, że było im za gorąco. Zenek nawet nie włączał webasta w nocy. Dobre śpiwory robią swoje. Szybka kawa, plenerowe śniadanie i startujemy.

KOLEJNY NOCLEG W SAMOCHODACH
KOLEJNY NOCLEG W SAMOCHODACH

Do Yugorska, w którym zamkniemy naszą pętlę mamy ok 500km. Pogoda się poprawiła, jest słonecznie, a temperatura to ok -12.

U Zenka pojawia się kolejna usterka! Nie można włączyć reduktora. Jak to w nowoczesnych samochodach do tego celu służy “guziczek”, a nie klasyczna „wajcha”. Naciskanie guziczka nic nie daje …pewnie zablokował się siłownik przy reduksie. Co ciekawe, jeśli nie działa guziczek od reduktora, to nie działają też guziczki od blokad mostów, a te można zapiąć tylko po włączeniu na reduktorze opcji LOW….cóż takie czasy! Zenek coraz bardziej zestresowany…

Pomimo wszystko dość sprawnie dojeżdżamy do Niagania po drodze pokonując Ob w poprzek po lodzie 🙂

Z Niagania do Yugorska, jak na syberyjskie realia mamy już tylko „rzut beretem”, czyli 250 km. Potem zaczynamy już asfaltowy powrót do Polski. Wieczorem lądujemy w znanej nam kwartirze w Yugorsku. Kolacja, drobna alkoholizacja, pierwsze refleksje dotyczące wyjazdu i idziemy spać. Przed nami wyjątkowo ciężki etap podróży, czyli zmagania z kierowcami tirów spod znaku 666 na trasie do Moskwy.

Dzień 13,14,15 – Powrót do Polski

Decydujemy, że do Moskwy pojedziemy inną drogą licząc na mniejszy ruch ciężarówek. Wybieramy drogę M8 krótszą o 300 km, ale o mniejszym znaczeniu niż M7, a zatem pewnie gorzej utrzymaną. Rzeczywiście droga gorzej utrzymana, ale zdecydowanie mniejszy ruch i praktycznie brak ciężarówek. Podróż do Moskwy i dalej do polskiej granicy można określić jako spokojną, gdyby nie kilka problemów. Od Yougorska do rosyjskiej granicy non stop mega śnieżyca, więc droga przypomina zimnik.

ZASYPANA DROGA M8
ZASYPANA DROGA M8

Szybciej niż 60-70km/h jechać się nie daje i tak przez 3000 km. Do tego dochodzą kolejne awarie samochodów. W Defku pada pompa paliwa. Jesteśmy około 40 km od Krasnouralska, kiedy Tomek przez radio krzyczy, że właśnie zgasł mu silnik. Odpalić nie daje rady, a kontrola ciśnienia paliwa wskazuje właśnie na pompę. Lina i jedziemy do Krasnouralska, bo tam nawigacja pokazuje najbliższy warsztat. Niestety, do miasta wjeżdżamy już po 18 i wszystkie warsztaty pozamykane. I tym razem dobrzy ludzie i łut szczęścia pozwala nam znaleźć super nocleg i właściciela warsztatu, który od razu zabiera samochód, a nas odstawia do Gostynicy. Po śniadaniu ruszamy do warsztatu sprawdzić jak postępują prace przy Defku.

NAPRAWIAMY DEFKA
NAPRAWIAMY DEFKA

Jako, że w naszej wyprawowej apteczce pompa paliwa ma stałe miejsce, tym razem z częściami nie ma problemów. Kiedy czekamy na odbiór samochodu w warsztacie pojawia się para dziennikarzy.

W POCZEKALNI WARSZTATU
W POCZEKALNI WARSZTATU
CIEKAWA TABLICA OGŁOSZEŃ W POCZEKALNI WARSZTATU
CIEKAWA TABLICA OGŁOSZEŃ W POCZEKALNI WARSZTATU

Okazuje się, że wieści rozchodzą się szybko. Już pół miasta wie o podróżnikach z Polski. Lokalna gazeta chce przeprowadzić z nami wywiad! Pytają nas po co? Dlaczego? Skąd? Dokąd? Jakie wrażenia? Miła rozmowa skraca nam czas oczekiwania na samochód. Ich materiał tu : http://goroda96.ru/index.php?task=new.view&id=14269

PAMIĄTKOWE ZDJĘCIE Z LOKALNYMI DZIENNIKARZAMI
PAMIĄTKOWE ZDJĘCIE Z LOKALNYMI DZIENNIKARZAMI

Następnego dnia ok 14 ruszamy w dalszą podróż.

Mniej więcej w połowie drogi do Moskwy przypomina o sobie samochód Zenka. W samym centrum Kirova, na głównym skrzyżowaniu gaśnie i odmawia dalszej współpracy. I tym razem mamy szczęście. Na rogu jest warsztat, który podejmuje się sprawdzenia co się stało. Tym razem to błąd ludzki! Pan elektryk, który zakładał w Polsce webasto przeciął główny przewód paliwowy, wstawił trójnik i stąd chciał zasilić webasto. Niestety, w Galendzie paliwo pojawia się w tym przewodzie tylko, kiedy silnik pracuje, więc musiał zmienić koncepcję ale trójnik zostawił, a na wolny kruciec założył kawałek gumowej rurki, w którą wkręcił śrubę. Podczas jazdy śruba się dyndała, co spowodowało zmęczeniowe popękanie rurki i na odcinku 10 km Zenek wypompował na drogę 80l paliwa… Chłopaki w serwisie dość szybko uporali się z problemem i po godzinie jedziemy dalej. Jeszcze tylko jakieś 200 km od granicy rosyjskiej Galenda zaszalała powtórnie. Znowu problem trójnika na przewodzie paliwowym. Zenek zastanawia się jakich narzędzi użyje do zabicia pana elektryka, który tak spartaczył robotę. 20 km holowania do najbliższego warsztatu 1/2h pracy i jedziemy dalej ale krótko.

KOLEJNY RAZ GALENDA NA SZNURKU
KOLEJNY RAZ GALENDA NA SZNURKU

W niejasnych okolicznościach dochodzi do stłuczki Zenka z lokalnym taksówkarzem. Musimy czekać 2 h na policjantów z drogówki. Orzeczono winę Zenka. Przepraszając, panowie nakładają najniższy z możliwych mandat – 500 rubli, Jeśli zapłaci się w ciągu 2 tygodni będzie zmniejszony o połowę. Dalsza droga do granicy przebiega już w miarę spokojnie. Prześladuje nas tylko koszmarna śnieżyca. W pewnym momencie widoczność jest już tak słaba, że chcemy zjechać gdzieś na bok, ale niestety nie widać gdzie jest ten bok. Wszystko równiutko białe. Miło wspominamy nocleg w malutkim przydrożnym motelu. Po rozpakowaniu, zjedzeniu kolacji i kilku piwach mamy z Zenkiem ochotę wypić coś mocniejszego. Miła pani za barem mówi jednak, że nie nada bo nie ma licencji na mocne alkohole. Jakoś nie wierzymy i pytamy – A spod lady jest?  Pani z uśmiechem – Da, jest! Taki to kraj i ludzie. Granica po stronie rosyjskiej bez problemu, ale Łotysze znowu dają popis. Wybebeszają samochody w poszukiwaniu mięsa, mleka i ich przetworów. Znajdują coś produkcji polskiej i każą wyrzucić. Generalnie mocno niesympatyczni. Zmęczeni na maksa,  szczęśliwi i pełni wrażeń docieramy do Polski!

Podsumowanie

Warto było jechać. Za rok na 100% jedziemy jeszcze raz. 2 tygodnie to zdecydowanie za mało. Pełne 3 tygodnie to minimum żeby się nie zachetać na dojazdówkach i zdążyć zobaczyć coś na północy.
Zimowe okoliczności przyrody mogą rozczarowywać. Dla rządnych pięknych obrazków zapewne lepsza będzie inna pora roku. To co robi wrażenie to odległości mierzone w tysiącach kilometrów. Niby człowiek o tym wie ale zmierzenie się z tym na miejscu to zupełnie inna sprawa.
Rosja okazuje się  zupełnie innym krajem niż wszyscy myślimy. To kraj całkiem nieźle zorganizowany, z dobrą infrastrukturą. Co nas zaskoczyło to porządek i czystość. Wszędzie mega miła obsługa.  Oczywiście pełen kontrastów, gdzie bogate rejony sąsiadują z posowieckimi miastami w stanie upadku, ale przecież i u nas jeszcze takich miejsc nie brakuje. To co zapamiętamy na długo, to ogromnie życzliwi ludzie, bez których nasza wyprawa nie byłaby tak udana. Chętni do bezinteresownej pomocy i pozbawieni uprzedzeń. Hasło „Polsza” nie wywołuje negatywnych emocji a wręcz odwrotnie. Po raz kolejny przekonaliśmy się, że polityka to jedno, a prawdziwe życie i relacje między ludźmi to drugie.
Wielkie dzięki za wspaniałe towarzystwo dla  Zenka z Ulą i Tomka z Kasią.

 

WIĘCEJ ZDJĘĆ Z WYPRAWY ZNAJDZIESZ ->> GALERIA SYBERIA 2017